Muzyczne szaleństwo z Chopinem
Różowa głowa w okularach z odbiciem klawiatury fortepianowej i tytuł <.i>Chopin Open<./i> pojawiły się na plakatach i billboardach Warszawy sporo wcześniej niż zapowiadany Festiwal. Wzbudzały zainteresowanie, czasem niepewność - cóż to takiego te "Szalone dni muzyki"? Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że impreza ma już piętnastoletnią tradycję i odbywa się w rozmaitych miastach na świecie, od francuskiego Nantes, przez Bilbao, Rio de Janeiro, aż po Tokio. Twórcą i pomysłodawcą festiwalu jest René Martin, "kosmita nie człowiek", jak mówi o nim większość współpracowników. Postanowił wyjść z muzyką poważną do ludzi, zerwać z tradycją wieczornych koncertów dla wyfraczonej elity z grubymi portfelami, pokazać, że klasyka jest też dla mas i że można się nią bawić równie dobrze jak rockiem na festiwalu Woodstock. Nie obniżając przy tym jej klasy i unikając jakiejkolwiek deformacji.
W pewnym sensie La folle journée to właśnie taki klasyczny Woodstock, choć nikt tam nie tańczy w błocie, lecz krótkie spodenki i sandały są w salach koncertowych na porządku dziennym. Od początku działalności Martin zgromadził wokół siebie rzeszę muzyków, którzy co roku goszczą na wszystkich festiwalach. To rodzaj wędrownej trupy artystycznej, która spotyka się zawsze w tym samym czasie i miejscu, a łączące tych ludzi relacje są więcej niż przyjacielskie. W skład muzycznej rodziny od 15 lat wchodzi też nasza orkiestra Sinfonia Varsovia. Do tej pory jej muzycy wyjeżdżali w świat, żeby bawić zagraniczną publiczność. W tym roku po raz pierwszy mogli zostać w rodzinnym mieście i pełnić rolę gospodarzy. La folle journée w czerwcowy weekend zawitała do Warszawy.
Zorganizowanie 120 koncertów w ciągu trzech dni i z udziałem 450 artystów było przedsięwzięciem karkołomnym, ale - jak się okazało - możliwym do wykonania. Na miejsce Festiwalu wybrano Teatr Wielki z przyległościami w postaci namiotu ustawionego przed głównym wejściem oraz salami redutowymi Teatru Narodowego i jego sceną główną. W gmachu TW-ON muzyka rozbrzmiewała nie tylko w salach im. Moniuszki i Młynarskiego, ale też w sali prób chóru, która nie jest zazwyczaj udostępniana publiczności. Festiwal rozpoczął się we czwartek 10 czerwca koncertem wieczornym, na którym prócz orkiestry Sinfonia Varsovia pod dyrekcją George'a Tchitchinadze wystąpił zespół akordeonistów Motion Trio oraz pianista Boris Bierezowski. Rosjanin odwiedził Polskę po raz pierwszy, by stać się jeśli nie największą gwiazdą, to na pewno najbardziej zapracowanym muzykiem imprezy. Dał w sumie pięć koncertów i aż trzykrotnie z kilkoma dyrygentami wykonał I <.i>Koncert fortepianowy e-moll<./i> Chopina. Okazał się pianistą sprawnym, ale nie porywającym. Na koncercie inauguracyjnym zagrał bardzo nerwowo, mechanicznie, przesadzając z tempem i gubiąc niejedną nutę. Co gorsza, orkiestra poszła w jego ślady i tego wykonania nie można było zaliczyć do sukcesów. Zupełnie inaczej było następnego dnia, gdy na podium dyrygenckim stanął Marc Minkowski. Od pierwszych dźwięków wstępu orkiestrowego było wyraźnie słychać, że to zupełnie inna muzyka. Wyważona, przemyślana, dopracowana w szczegółach i naprawdę piękna. Bierezowski też jakby spokorniał pod ręką słynnego Francuza. Zagrał wolniej, dokładniej, chwilami nawet oddal atmosferę dzieła, choć wciąż daleko mu było do wybitnej kreacji. Nad ostatnim wykonaniem wolę spuścić kurtynę milczenia, rozumiejąc, że po dwóch pracowitych dniach wszyscy byli mocno zmęczeni. Pod batutą Krzysztofa Pendereckiego Sinfonia Varsovia zagrała poprawnie, ale Bierezowski bardziej już markował niż tworzył muzykę. Widać nie jest przyzwyczajony do tak ciężkiej pracy.
Wśród zespołów i solistów, które zwróciły moją uwagę, z pewnością trzeba wymienić Motion Trio. Grupa ni to jazzowa, ni klasyczna, złożona z trzech akordeonistów grających ze sobą już czternaście lat, ma rzeszę wiernych fanów, którzy tłumnie przychodzili na każdy jej koncert festiwalowy. Słyszałem ich na żywo po raz pierwszy i nadal nie mogę wyjść z podziwu. Akordeon wciąż kojarzy się z wiejskimi weselami i muzyką raczej niskich lotów. Tymczasem Motion Trio grało nam w Warszawie... preludia Chopina! I nie były to banalne próby przeniesienia fortepianowej finezji na klawiszowo-guzikowe instrumenty dęte. Były to prawdziwe spektakle dźwiękowe, z przemyślaną dramaturgią i fantastycznym wykorzystaniem możliwości dynamicznych i brzmieniowych akordeonu. Tak twórcze podejście do dziedzictwa Chopinowskiego warto docenić i popularyzować, nie tylko w rocznicę urodzin kompozytora.
Chopin z oczywistych względów musiał być w centrum wydarzeń. W ramach Festiwalu odbył się cykl koncertów pod wszystko mówiącym tytułem: "Dzieła wszystkie Chopina na fortepian". W czternastu odsłonach grupa pianistów wykonała całość tego, co wyszło spod pióra naszego kompozytora, począwszy od młodzieńczego <.i>Poloneza g-moll<./i>, na <.i>Mazurku f-moll<./i> op. 68 nr 4 kończąc. Wielkiego zadania podjęła się także Barbara Hendricks, która nauczyła się kilku pieśni Chopina po polsku i wykonała je z dużym wdziękiem, zbierając zasłużone brawa. Sukcesem okazały się także koncerty młodej skrzypaczki Aleny Bajewej, która wykonała m.in. przecudny <.i>Koncert f-moll<./i> op. 14 Lipińskiego. Bardzo romantyczną, pełną poezji wizję Chopina pokazała Francuzka Anne Queffelec, a w sali prób chóru wystąpiła przed publicznością spora grupa uczestników eliminacji Konkursu Chopinowskiego.
Osobny blok koncertów zorganizowano w namiocie przed teatrem. Wstęp był bezpłatny dla każdego, kto miał ważny bilet na koncert w budynku. W ten sposób wabiono widzów, by choć na chwilę, w plenerowej atmosferze, posłuchali muzyki w odmiennym kształcie niż ta przedstawiana we wnętrzach. W namiocie bawiono się Chopinem na całego. Można go było wysłuchać granego na kieliszkach (zespół Glass Duo), na instrumentach perkusyjnych (Kwadrofonik), na ludowo (Zespół Polski) i na jazzowo (Marcin Grochowina Trio i Mateusz Kołakowski). Na Folle Journée nie zabrakło muzyki dawnej, którą Chopin znał i która była dla niego inspiracją. Pierre Hantaď dwukrotnie zagrał Preludia i fugi z II zeszytu <.i>Das wohltemperierte Klavier<./i>, młoda Szwedka Maria Keohane śpiewała arie Händla, a zespół Ricercar Consort wystąpił m.in. w koncercie pokazującym rozmaite odmiany poloneza, od Fariny po Paganiniego. Rzeszę publiczności przyciągnął w niedzielę wieczorem najgłośniejszy i najbardziej nowoczesny w brzmieniu koncert japońskiego trębacza jazzowego Toshinori Kondo, który w towarzystwie polskich muzyków wprost szalał na namiotowej estradzie, podkreślając tym samym wymowę całej imprezy. Muzyczne szaleństwo ogarnęło tego wieczoru nawet grupę tyleż wytrawnych, co wiekowych melomanów, którzy wcale się nie spieszyli na koncert Pendereckiego.
| Wśród festiwalowej publiczności znaleźli się jednak nie tylko ludzie starsi. Wspaniale było patrzeć na wielopokoleniowe rodziny, które odwiedzały namiot i sale koncertowe teatru. Bilety były naprawdę tanie: ceny wahały się od 5 do 10 złotych. Nic dziwnego, że warszawiacy przy kasach nie mogli się nadziwić i nachwalić, że w końcu mogą posłuchać tej klasy muzyków, bo ich na to stać. Luźna formuła także sprzyjała popularności imprezy. Panowie bez zażenowania nosili krótkie spodenki, panie przychodziły w letnich sukienkach. Inaczej się nawet nie dało, bo w sobotę temperatura w Warszawie przekroczyła 30 stopni. Nawet organizatorzy festiwalu pozwolili sobie na większy luz niż zwykle i tylko muzycy - chcąc nie chcąc - musieli pozostać w tradycyjnych frakach. Swoją drogą, może ich także należałoby w przyszłości zwolnić z tego obowiązku? Kolorowo ubrana Sinfonia Varsovia byłaby przecież znakomitą wizytówką Szalonych dni muzyki! I jeszcze jedno spostrzeżenie: żadne z dzieci - a było ich sporo na każdym koncercie - nie rozpłakało się ani w inny sposób nie zakłóciło występu artyście. Magia muzyki, czy dobrze dobrany program i czas koncertów? Zdecydujcie Państwo sami. Festiwal przyciągnął w sumie około 26 tysięcy ludzi. Najwięcej przybyło oczywiście na koncert inauguracyjny i finałowy, ale nie zauważyłem, by sale gdziekolwiek świeciły pustkami. Nawet tam, gdzie grali mało znani wykonawcy, znalazła się zawsze zainteresowana nimi grupa słuchaczy. To budujące i dowodzi, że nasze społeczeństwo wcale nie jest aż tak głuche i zaściankowe pod względem muzycznym. Jeśli zejdzie się z pomnika do zwykłych ludzi, zainteresuje ich nietypowym pomysłem imprezy i obniży ceny biletów do poziomu dostępnego dla wszystkich - sukces jest murowany. La folle journée zerwały ze wszystkimi zakorzenionymi wśród zwykłych ludzi mitami - że muzyka poważna jest dla elit i znawców, że trzeba jej słuchać w nabożnym skupieniu i że kosztuje majątek. Tutaj każdy mógł się przekonać, że to nieprawda. Już dziś wiadomo, że impreza odniosła sukces i są plany, by za rok znów zawitała do Warszawy. Być może wpisze się na stałe w kulturalny krajobraz miasta i do kalendarzy muzyków. I nie ma co utyskiwać, że całość kosztowała 3500000 PLN. Gdybyśmy nawet zbudowali za to kilometr autostrady, ani jeden jadący nią kierowca nie miałby z niej tyle radości, co dzieciaki skaczące przy dźwiękach Chopinowskich mazurków albo dorośli słuchający rewelacyjnego Motion Trio. Szaleństwo na drodze nie jest zresztą wskazane, tutaj zaś - najzupełniej naturalne. Oby więcej takich pomysłów, takich ludzi jak René Martin i takich muzycznych dni w Warszawie. Warto było się wybrać! |
|
| MACIEJ ŁUKASZ GOŁĘBIOWSKI | |
31.08.2010





